Ciekawe

Magia pierwszego razu

Jako dziecko i dorastająca, młoda panna, miałam w domu akwarium z rybkami. Za dnia chlupot wody z filtra przelewowego uspokajał mnie. Nocą kołysał do snu. Przyklejałam nos do szyby i oglądałam wodny świat. Tak inny od naszego. Taki spokojny. Kojący. Do dziś pamiętam, jak wyciszały mnie powolne, kołyszące się pod wpływem prądów wody ruchy roślin. Jak relaksowały i cieszyły oczy połyskujące łuskami i kolorami ryby. Czasem wyobrażałam sobie, że jestem tam, w środku, w tym wodnym świecie i tańczę razem z nimi dookoła korzeni. Podobno życie wyszło z wody… może to tłumaczy popularność akwarystyki i nurkowania?
Zastanawialiście się kiedyś, pływając w jeziorze czy morzu, co dzieje się w głębi, pod nami? Ja za każdym razem.
W końcu los przypadkowo rzucił mnie na kilka dni z przyjaciółmi na popularne w świecie polskich nurków jezioro Hańcza. Położone w północno-wschodnim krańcu kraju, na Suwalszczyźnie, jezioro to cieszy się niezwykłą popularnością wśród nurków ze względu na dużą przejrzystość wody, unikatową florę i faunę i ciekawe obiekty, które można obejrzeć na dnie. M.in. są to słynne dłubanki – stare łódki wykonane z jednego kawałka drewna, bądź dla bardziej zaawansowanych zatopiona głębiej figurka Matki Boskiej.
To właśnie tam miałam okazję po raz pierwszy wejść pod wodę. Takie wejście, czyli intro, jest dostępne za opłatą dla każdej niedoświadczonej osoby, która chciałaby sprawdzić, czy jest to sport dla niej. Zakłada się wypożyczony strój i sprzęt do nurkowania, a następnie przechodzi krótki kursik uczący korzystania z niego. Pod wodę schodzi się w towarzystwie przeszkolonej osoby ze stosownymi uprawnieniami. Schodzi się płytko, góra na 2-3 metry. Niby nic, a jednak przyznam Wam, że doświadczenie to było jednym z najbardziej niezwykłych w moich życiu! Wpadłam na całego…
Świat pod powierzchnią Hańczy miał kolor lekko zielonkawy. Jedyny dźwięk, jaki dochodził do moich uszu, to był odgłos bąbelków wypuszczanego powietrza i szum wdychania powietrza z butli, którą miałam na plecach. Już po chwili oswoiłam się z nowym doświadczeniem i dałam poprowadzić mojemu instruktorowi nieco głębiej. tu kolejna zaskoczenie- silny ból w uszach. To niewyrównane ciśnienie – trochę jak w samolocie. Poruszałam szczęką. Przeszło. I już za chwilę szybowałam nad dnem, ze zdziwieniem i zachwytem małego dziecka dotykając z to piasek, a to kamienie, a to rozglądając się wokół. Spełniło się dziecięce marzenie. Ja byłam w akwarium! Tylko takim bardzo dużym i bardzo naturalnym.
Potem pojawiła się rozległa łąka niskich, charakterystycznych dla Hańczy, podwodnych roślin, trochę podobnych do moczarek. To ramienice. Przelatywałam nad nimi bezgłośnie, muskając je i nie mogąc uwierzyć, że tu jestem. Za chwilkę wpadliśmy w całą ławicę bystrych, niewielkich rybek, które świeciły jak diamenty. Kolejna magiczna chwila. Aż trudno opisać, jak to jest płynąć w ławicy takich sympatycznych stworzonek. Wreszcie pojawili się kolejni mieszkańcy bezkresnych, podwodnych łąk. Okonie. Te zdecydowanie odważniejsze. Można im się było poprzyglądać z bliska. Ich już nie dziwi tak bardzo czarne, bulgoczące dziwadło z żółtymi płetwami. W końcu na Hańczy to norma.
Ta przygoda mnie przekonała. W pełni zrozumiałam tych ludzi, którzy do wypraw szykują się czasem tygodniami, robią kolejne kursy i w kółko mówią o wrakach, jaskiniach i modyfikacjach sprzętu. A wieczorami siadają wspólnie przy ognisku i snują wspomnienia, jakby byli zgraną paczką starych przyjaciół, chociaż niektórzy widzą się po raz pierwszy. Woda łączy niematerialną więzią. Już wiem,że niebawem będę jedną z nich.